Karpacz - łaziki
Do Karpacza przyjechaliśmy już bardzo wcześnie rano. Zaspana recepcjonistka wpuściła nas do pokoju, bo mieliśmy farta i nasz pokój był już przygotowany. Po krótkim odświeżeniu, porannej kawie, z termosu tylko niestety, ale zawsze to kawa, i przekąszeniu kanapek, które zostały nam jeszcze z drogi, poszliśmy popodziwiać widoki. Ja Karpacz znałem tylko z opowieści żony, która była tu kiedyś na praktyce zawodowej w szkole i przyznam jej rację - jest tu oszałamiająco pięknie. Góry na zwykłych mieszkańcach równin robią kolosalne wrażenie, a już to, że poszliśmy już 2 dnia pobytu na szlak, to napawa mnie prawie dumą. Czułem się prawie jak alpinista, a przecież ludzi po górach chodzi co nie miara. Najbardziej do gustu przypadła mi wycieczka na Śnieżkę. Wjechaliśmy na Kopę, co prawda wyciągiem, ale nie mam zamiaru się o nic obwiniać, bo takich widoków jak z krzesełka to trudno gdzie indziej chyba uświadczyć. Potem już na nogach. Najlepsza była droga powrotna. Schodziliśmy koło schroniska
Karpacz, a w samym Karpaczu byliśmy dobrze po osiemnastej. Malowniczo i pięknie. Kiedyś będzie na pewno powtórka

Podobne: